O nas

Ambicja wyższa niż drabina: Historia Magicprojects

Rozdział I

Szron pod urzędem i 19-calowe sny

Jest pierwsza w nocy, rok 2010. Bochnia śpi pod cienką warstwą chłodu, ale pod Powiatowym Urzędem Pracy tętni życie – a przynajmniej ta jego część, która wierzy, że przyszłość bierze się z determinacji, a nie z przypadku.

Wśród czekających stoi on: 19-latek, który kilka dni wcześniej usłyszał w Burger Kingu, że jest „zbyt ambitny”. W kieszeni ma plan, w głowie wizję, a w sercu świeże wspomnienie rozmów o biznesie przy rodzinnym stole.

Kiedy w końcu odbiera decyzję o dotacji – 17 tysięcy złotych – czuje, że trzyma w ręku klucz do innego świata. Kupuje komputer, aparat i legendarną już zieloną Hondę Civic z 1996 roku. Auto ma 19-calowe felgi i duszę sportowca, ale zupełnie nie nadaje się do bycia wozem monterskim.

To jednak nieistotne. Liczy się to, co widać przez szybę podczas 50-kilometrowych tras do Krakowa. Wzdłuż dróg straszą krzykliwe, „prostackie” napisy i wizualny chaos.

„ Zrobimy to inaczej ”

myśli, patrząc na dwóch robotników męczących się z billboardem. Tak rodzi się Magicprojects.

Rozdział II

Szkoła przetrwania na ostatnim szczeblu

Początki nie pachną sukcesem. Pachną mrozem, metalem 7-metrowej drabiny i wnętrzem samochodu, który na tydzień staje się sypialnią.

Pierwszy rok to brutalny kurs dorosłości. Klienci kręcą nosami, ZUS nie pyta o samopoczucie, a zleceniodawcy potrafią zniknąć bez zapłaty po perfekcyjnie wykonanej pracy.

Najbardziej pamiętny moment? Trasa na montaż. Podmuch pędzącego z naprzeciwka tira jest tak silny, że z dachu Hondy wyrywa wszystko: relingi, zaczepy i drabinę. Drabina szybuje w powietrzu jak symbol wszystkich trudności tego okresu. Innym razem stoi na samym szczycie szczebli, wysoko nad ziemią, ryzykując wszystko dla jednego zlecenia.

Ale to właśnie wtedy, między walką z wiatrem a nauką Corel Draw po nocach, hartuje się fundament firmy. Zamiast uciekać, bohater tej opowieści decyduje się na ucieczkę do przodu – od małych witryn sklepowych do wielkich sieci handlowych. Delikatesy Centrum, Spar, Lewiatan – to oni stają się paliwem, które pozwala Magicprojects rozwinąć skrzydła.

Rozdział III

Przystań w Brzesku i siła zespołu

Z czasem zielona Honda zostaje wspomnieniem, a Magicprojects zyskuje coś cenniejszego niż pieniądze z dotacji: ludzi. Podczas prowadzenia kursów grafiki w OHP, los stawia na drodze bohatera Izabelę. Zostaje ona filarem biura w Brzesku i jest w nim do dziś, od ponad dekady.

Dołącza Mateusz, pierwszy etatowy pracownik. Firma przestaje być „jednoosobową armią z drabiną”, a staje się organizm i domem dla profesjonalistów.

To wtedy dokonuje się ostateczna transformacja. Magicprojects przestaje być tylko firmą od „wyklejania”. Staje się partnerem, który rozumie, że za każdą reklamą stoi marzenie innego przedsiębiorcy. Własny import materiałów, tysiące produktów, nowoczesny park maszynowy i wejście w świat digital – od stron www po zaawansowane kampanie wspierane przez sztuczną inteligencję.

Chaos wizualny, który drażnił założyciela lata temu, zostaje zastąpiony przez estetykę i strategię.

Rozdział IV

Pełne spektrum … zamiast zakończenia

Dziś, gdy wchodzisz do biura Magicprojects, nie widzisz już nastolatka walczącego o przetrwanie. Widzisz zespół, który bierze na siebie pełną odpowiedzialność za wizerunek marki – od pierwszego kliknięcia w internecie, przez kampanie w social mediach, aż po fizyczny montaż wielkiego formatu.

Obietnica jest prosta: „Będziesz zaopiekowany”. To słowo-klucz, którego nie dało się kupić za 17 tysięcy złotych pod urzędem w 2010 roku. To wartość wypracowana na mrozie, na autostradach i przy tysiącach projektów. Historia zatacza koło.

Choć technologie się zmieniły, a zamiast Corela używa się dziś AI, w sercu firmy wciąż tli się ta sama ambicja, która kiedyś kazała czekać pod urzędem od pierwszej w nocy. Z tą różnicą, że dziś ta drabina do sukcesu stoi na znacznie stabilniejszym gruncie.